myśli biegły miliardy
po plecach
jak mrówki,
jedna za drugą,
niezmąconym szeregiem.
szkoda, że żadna
nie została złapana
i włożona do cybernetycznej gablotki.
żałuję,
być może tak, jak i wy.
myśli biegły miliardy
po plecach
jak mrówki,
jedna za drugą,
niezmąconym szeregiem.
szkoda, że żadna
nie została złapana
i włożona do cybernetycznej gablotki.
żałuję,
być może tak, jak i wy.
czy
poznałeś mnie wtedy,
gdy wyrzucałam papierek do kosza na śmieci
na przystanku komunikacji miejskiej,
o szóstej nad ranem,
we wtorek.
czy przypominałam ci wtedy
twoją córkę
wsiadającą w pociąg do stolicy,
kochankę
rzucającą w ciebie nadwiędłą różą
(w dowód miłości - po raz ostatni),
twoje urojenie nocne
rzucające spojrzeniem spod rzęs.
dlaczego więc nie podszedłeś
i nie powiedziałeś mi tego?
zatonęłam w morzu
kaszlu,
recept,
bólu,
tablet,
temperatur,
termometrów.
i śpię
snem wietrznym.
(bo brzmi lepiej niz ropnym.)
kot się łasi,
łasi-kot.
kot mruczy i się tuli,
głaszczy-kot.
do kotów mówię
po szwedzku,
poli-kot?
cała bym chciała
zamienić się w czoło,
miejsce matczynego ciepłego pocałunku.
tylko porządek
ma siłę zatrzymania czasu.
tylko zatrzymany czas,
daje spokój.
eller hur?
na jakimś przejściu,
mijała mnie grupka robotników
w ubrudzonych,
ubłoconych,
odblaskowych
spodniach drelichowych,
tak bardzo przyziemnych,
że sie już bardziej nie da.
tylko, że oddychali kawą,
wprost mnie w nozdrza.
w powietrzu wyczuwa się
zbyt duże stężenie klęsk.
wymyśl coś ciekawego,
a przytrafi się to mnie.
gratis.
a jednak.
dla jednych
zaczyna się od miękkich zlepków ust.
dla innych
kończy na zardzewiałych sprężynach
wyłuskiwanych spośród watoliny.
ale łączy ich jedno:
sposób kalkulowania rzeczywistości.
monotematyczny instynkt,
który prowadzi ich zawsze w tą samą stronę.
marzę,
żeby przedpołudniem
otworzyć oko,
leniwie przeciągnąć się,
w pidżamie przemierzać
trasę kuchnia - posciel
z kubkiem kawy w dłoni.
potem siąść przy biurku,
podwinąć nogę,
wąchać parujący napój,
przejechać dłonią po potarganych włosach,
westchnąć,
zamruczeć.
proste, nie?
nie.